piątek, 21 października 2011

W świętym mieście Sikhów


McLeod Gandż opuściliśmy bladym świtem. O 4 rano wyruszyliśmy autobusem do Dharamsali, z której to o 5 mieliśmy kolejny bus do Amritsaru. Pomimo zapowiadanych 7 godzin jazdy, podróż trwała jedyne 5. Pozbawiona była jednak wygód rodem z volvo AC – tym razem wybraliśmy najtańszy lokalny autobus (marki TATA), który przypominał polskie PKS-y z lat 80-tych.
strażnik przy Złotej Świątyni

W Amritsarze przez chwilę poczuliśmy się jak w domu, gdyż na wjeździe do miasta przywitała nas reklama wódki Sobieski z Brusem Willisem. Na tym jednak swojskość się skończyła. Znów byliśmy w mieście pełnym hindusów, a to oznacza wszechogarniający chaos i brud. Jest jednak w Amritsarze miejsce niezwykłe, pozbawione tej codziennej szarości. To Złota Świątynia – najświętsze miejsce dla wyznawców sikhizmu.
Religia ta narodziła się w XV wieku, kiedy to swoją działalność prowadził Guru Nanaka. Propagował on ideę bezkastowości i równości wszystkich ludzi, a także odrzucenie wielobóstwa na rzecz monoteizmu. Jego uczniowie zwani byli sikhami, stąd nazwa nowej religii. Historia nowego ruchu została przedstawiona w Muzeum Sikhów przy Złotej Świątyni. Silny akcent położono tam na martyrologiczny aspekt ich dziejów, pokazując liczne prześladowania religijne.
Mały sikh

Sikha bardzo łatwo rozpoznać. Odróżnia się przede wszystkim turbanem (pod którym chowają długie włosy), sumiastymi wąsami i brodą oraz charakterystycznym sztyletem (kirpan), noszonym u pasa. Bardziej ortodoksyjni sikhowie noszą też metalową bransoletę na prawym ręku (kara – odstrasza zło i symbolizuje przynależność do religii) oraz grzebień, a także ubierają krótkie spodenki.

Miasto Amritsar zostało założone przez czwartego sikhijskiego guru – Ramdasa. Sama nazwa (dawniej Amrit Sarovar) oznacza Święty Staw Nektaru. Odnosi się ona do jeziora, na którym później wzniesiono Złotą Świątynię. Dla sikhów jest ona równie ważna, jak dla muzułmanów Mekka, a żydów Świątynia Jerozolimska. Przechowuje się tu najświętszą księgę Guru Granht Sahib. Dlatego też do wejścia ustawiają się długie kolejki pielgrzymów, chcących choć przez chwilę spoglądać na święty przedmiot i złożyć przed nim ofiarę.
lektorzy przed księgą Guru Granht Sahib

pielgrzymi przed Złotą Świątynią
Złota Świątynia w pełni zasługuje na swoją nazwę. Została wzniesiona z marmuru, inkrustowanego karneolem, lazurytem i perłami. Górne piętro, taras oraz kopuła w kształcie odwróconego kwiatu lotosu obite zostały złotą blachą. Dodatkowo kompleks Złotej Świątyni otaczają inne pomniejsze budynki, w których mieszczą się m. in. domy pielgrzymów oraz darmowa jadłodajnia. Na prawo od głównego miejsca znajduje się miejsce obrad parlamentu sikhijskiego – Akal Takht.

Wokół sztucznego jeziora przez cały dzień tłoczą się ludzie, zażywający rytualnych kąpieli. W odróżnieniu od zbiorników wodnych przy świątyniach hinduskich, trzeba przyznać, że to tzw. Jezioro Nieśmiertelności jest niezwykle czyste. Świadczy o tym duża ilość ogromnych ryb, pływających przy brzegu. Klimat miejsca podkreśla muzyka płynąca z głośników umieszczonych wokół kompleksu – przez cały dzień wykonywana jest na żywo przez muzyków siedzących w Złotej Świątyni.

Jest jednak kilka niedogodności, zwłaszcza dla turystów. Pierwszą jest konieczność zostawienia butów w specjalnej przechowalni, kilkaset metrów od świątyni (przy wejściu strażnik sprawdza czy się butów nie próbuje przemycić w plecaku). Do tego przy wejściu należy zakryć głowę (dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn) oraz obmyć nogi we wspólnym baseniku. Powodowało to u nas lekko odrzucający odruch, jednakże przy trzecim pobycie w świątyni czuliśmy się jak sikhowie.
wnętrze Złotej Świątyni


sikhijski rikszarz 


Lal Devi

W Amritsarze znajdują się dwie duże świątynie hinduskie, warte odwiedzenia. Pierwsza z nich to Mata Temple, poświęcona Lal Devi – świętej, uznanej za wcielenie bóstwa. Świątynia przypomina jednak bardziej lunapark – ma formę labiryntu z przeszkodami w postaci wąskiej jaskini, przez którą trzeba się przeczołgać czy sztucznego strumyku. Jest tu mnóstwo kolorowych figurek bóstw, z których część żywo przypominała postaci z South Parku.





kreskówkowe bóstwo

demoniczny kapłan



Druga świątynia, poświęcona bogini Durdzie, to dość prymitywna podróba Złotej Świątyni. Również wybudowano ją na środku jeziora (jednakże już nie tak czystego), zaś dolną część wykonano z marmuru, inkrustowanego szkiełkami. W środku zdecydowanie nie przypomina jednak świątyni sikhijskiej – jest zdecydowanie uboższa, a ściany, zamiast malowideł, pokrywają mozaiki z kolorowych szkiełek. Do tego dwa telewizory, klimatyzatory i wiatraki dodają miejscu hinduskości.


Niewątpliwą atrakcją, którą można przeżyć podczas pobytu w Amritsarze jest możliwość wyjazdu na granicę indyjsko – pakistańską. Każdego dnia, o godzinie 17.30 odbywa się tu prawdziwy spektakl, nazywany ceremonią zamykania granicy. Jest to prawdziwy popis siły obu stron, które prezentują musztrę oraz prześcigają się w tym, kto głośniej i dłużej będzie się darł. Do tego po obu stronach granicy licznie zgromadzona jest publiczność, która dopinguje swoich. I trzeba tu zauważyć, że Hindusi w robieniu hałasu zdecydowanie prześcigają Pakistańczyków.

Spektakl kończy się opuszczeniem flag i symbolicznym zamknięciem granicy. Podsumowując, całe przedstawienie przypomina raczej skecz rodem z filmu Monty Pathona, gdzie obie strony prześcigają się w robieniu straszniejszych min i głupich kroków. Jest to jednak atrakcja, której nie sposób pominąć, będąc w Pendżabie.  



opuszczanie flag
pokaz musztry


poniedziałek, 17 października 2011

Dharamsala - mały Tybet

Przedostatni odcinek naszej podróży prowadził do przyczółka uchodźców tybetańskich – Dharamsali. Aby tam dotrzeć musieliśmy najpierw przejechać pociągiem do New Delhi, a stamtąd przesiąść się w autokar, jadący do naszego celu. Wycieczka ta była niezwykle ważna – po raz pierwszy jechaliśmy wagonem drugiej klasy z klimatyzacją. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że wagon ten również jest bezprzedziałowy, a jedyną różnicę stanowi ilość łóżek oraz brak krat w oknach. Do tego trzeba wspomnieć o niezwykłych wysiłkach personelu, który podczas podróży chodził z mini perfumami i opryskiwał firanki. Cud malina, aczkolwiek za kwotę ponad 3-krotnie większą od sleeper class jest to zbytek luksusu.

widok z McLeod Gandż na pasmo Dhauladhar
Drugą nowością w sposobie naszego podróżowania był autokar. Szarpnęliśmy się na najdroższą wersję, jaką jest volvo AC (tzw. semi-sleeper). Okazał się to jednak duży błąd. Nie dość, że autokar startował z Delhi z dwugodzinnym opóźnieniem, to na dodatek po 3 godzinach jazdy utknęliśmy w środku nicości, ponieważ rozszczelniła się chłodnica. Magicy (nie mylić z mechanikami) przez ponad godzinę usiłowali zatamować wyciek płynów. W końcu osiągnęliśmy sukces i z ponad trzygodzinnym opóźnieniem dotarliśmy do McLeod Gandż (tzw. Górna Dharamsala).

Norbulingka Institute
gompa w Norbulingka Institute
Miasto urzekło nas od pierwszego wejrzenia. Jest ono całkowicie nie-hinduskie, przesiąknięte duchem buddyzmu. Na ulicach słychać głównie język tybetański, pozbawiony hinduskiej wrzaskliwości. Ludzie odnoszą się tu do siebie uprzejmiej i sympatyczniej. Pomimo tego, że Tybetańczycy utrzymują się głównie z handlu swoim rękodzielnictwem, nie ma tu tyle nachalności i chęci zdarcia z turysty ostatniego grosza. Do najpiękniejszych dzieł sztuki należą malowane ręcznie thanki, przedstawiające sceny z życia Buddy lub elementy ideologii buddyjskiej (np. Kalaczakra mandala). Kolejnymi perełkami są posągi i posążki bóstw – wykonane w idealnych proporcjach i cudownie wykończone drogimi kamieniami. Przepiękne są także drewniane meble, wykonywane w małych manufakturach. Jednym z miejsc, w którym wykonuje się podobne cuda jest Norbulingka Institute, położona kilka kilometrów od centrum miasta. Skupia ona artystów i wytwórców tybetańskich, którzy na miejscu tworzą swoje dzieła. Sama nazwa instytutu pochodzi od nazwy letniej rezydencji Dalajlamy – Norbulingki, która znajdowała się w okolicach Lhasy. Obecnie na terenie instytutu znajduje się miniatura tego pałacu. W obrębie instytutu mieści się też muzeum lalek, ubranych w tradycyjne stroje tybetańskie, przedstawione w kontekście różnych świąt religijnych i wydarzeń historycznych.
miniatura letniego pałacu Dalajlamy w Norbulingce
warsztat stolarski w Norbulingka Institute

Muzeum lalek

warsztat krawiecki
McLeod Gandż ma w sobie niezwykłą magię przyciągania dziwnych ludzi. Podczas naszego trzydniowego pobytu widzieliśmy starych hipisów, pacyfistów oraz fascynatów buddyzmu, jogi i języka tybetańskiego. Na każdym kroku widać sympatię innych osób, pełną ciepła i życzliwości.
Drugim najczęściej spotykanym zajęciem wśród mieszkańców McLeod Gandż jest gastronomia. Tybetańczycy prowadzą tu dziesiątki knajpek, w których serwowane są specjały ich kuchni – głównie pyszne pierożki momo.

W samym McLeod Gandż ma swoją rezydencję XIV Dalajlama. Nieopodal znajduje się także klasztor i świątynia, nazywana Kaplicą Centralną (Tsuglagkhang), która zastępuje świątynię Jokhang w Lhasie (najważniejsze miejsce kultu dla Tybetańczyków). Klasztor wręcz tętni życiem – dziedziniec pełen jest debatujących ze sobą mnichów. Ich rozmowy przypominają swoistą grę – jedna osoba stoi i gdy zada pytanie klaszcze w ręce. Druga (siedząca) musi natychmiast odpowiedzieć. Po kilku turach następuje zamiana ról.
Obok Kaplicy Centralnej znajduje się Świątynia Kalaczakry – idei niesienia pokoju całemu światu i zaniechania wszelkich konfliktów. Emanacją i formą kultu Kalaczakry jest rysowanie mandali (tzw. mind mandala). Osobą, która rozpowszechniła ten kult jest Dalajlama XIV.
Mniszka

Obok klasztoru znajduje się niewielkie muzeum Tybetu, w którym przedstawiono przede wszystkich fakty dotyczące chińskiej inwazji na Tybet w 1950 roku. Wystawa składa się ze zdjęć i relacji świadków, stanowiące wstrząsające świadectwo tamtych wydarzeń oraz obecnej sytuacji na okupowanym terenie.
W pobliżu McLeod Gandż jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, do których zdecydowanie warto się wybrać. Jednym z nich jest Karmapa Monastery, znajdujący się parę kilometrów od Norbulingka Institute. Mieliśmy okazję obserwować w nim rytuał, podczas którego mnisi zakładali tradycyjne nakrycia głowy (charakterystyczne dla sekty Żółtych Czapek) i recytowali mantry.
Karmapa Monastery


28 km od McLeod Gandż leży Kangra – jeden z największych ośrodków miejskich Doliny Kangry, w którym znajduje się średniowieczny fort. Niestety, chcąc zaoszczędzić parę groszy na pamiątki, zdecydowaliśmy się iść do niego na piechotę z dworca autobusowego. Droga miała wynosić około 3 km. Ostatecznie było to jakieś 5, co zajęło nam godzinę czasu. Wysiłek jednak się opłacił – po drodze mieliśmy piękny widok na dolinę oraz mogliśmy obserwować polujące nad nią sokoły/jastrzębie.

Fort jest niestety dość zaniedbany. Choć odbudowano go po trzęsieniu ziemi z 1905 roku (niemal cała okolica Kangry i Dharamsali legła wówczas w gruzach) to nie przywrócono mu dawnej świetności, o której świadczą zabytki, zgromadzone w pobliskich muzeum. Znajdują się tam przepiękne przedmioty użytku codziennego, kolekcja broni oraz malowidła, należące do dzieł sztuki mogolskiej. Wejście do obu obiektów kosztuje po 100 rupii od osoby – jest to zdecydowanie zawyżona cena, choć samo zwiedzanie dostarcza wiele przyjemności.


Po drodze do fortu warto zajść do pobliskiej świątyni, której wnętrze wykonano z marmuru. Zaskoczeniem dla nas była niezwykła jak na hinduską świątynie dbałość o szczegóły i zachowany porządek. Jest to zdecydowanie najładniejsze odwiedzone przez nas miejsce hinduskiego kultu.



Dolina Kangry


Z bólem serca opuszczamy McLeod Gandż – miejsce, w którym zostawiliśmy kawałek swojej duszy (a w przypadku Bartka również treki, które zgniły).
mała Tybetanka
wodospad w Bagsunath


sobota, 15 października 2011

Przyczajony tygrys, ukryty słoń


Nadszedł czas, by opuścić mogolską Agrę i wyruszyć na południe, w poszukiwaniu legendarnego tygrysa bengalskiego. Jeden z największych rezerwatów z tymi zwierzętami znajduje się w stanie Radżastan, w okolicy miasta Sawai Madhopur – Ranthambore National Park.

Istnieją dwie opcje zwiedzania parku – safari w jeepie (6 osób) lub tzw. canteerze (20 osób). Oczywiście bardziej kameralna i komfortowa jest wersja pierwsza. Niestety, na safari wybraliśmy nie najlepszy dzień – niedzielę, gdy hinduski motłoch ma dzień wolny i uderza na park z pobliskich miast, w tym głównie z New Delhi. Jedyną możliwością okazało się zatem safari w mini ciężarówce. Sam wehikuł nie należał do najgorszych – był w miarę cichy, a dodatkowy plus stanowiła wysokość, na której się siedzi (ponad 2 m). Dzięki temu, w teorii, mogliśmy lepiej obserwować ,,dzikie” zwierzęta. Problem polegał na tym, że nasz kierowca wylosował najgorszą z możliwych tras przejazdu (nr 1).

Safari okazało się jednak jednym wielkim niewypałem. Tygrys, na miarę swojej legendy, pozostał stworzeniem z bajek. Jedynymi prawdziwie ,,dzikimi” bestiami okazały się sarny, jelonki i dwa pawie. Cóż, grozy całej sytuacji dodają ślady piany, toczonej przez niewinne sarenki na polance. Wracając jednak do tygrysa, widzieliśmy drobną jego namiastkę w postaci tropów. Aczkolwiek mamy dość silne przekonanie, że odciski łap były raczej tworem strażników parku, mieszkających w pobliskiej chatce, aniżeli wielkiego kota. Do hotelu wróciliśmy po 3 godzinach obijania się o barierki canteeru, z cudownymi zdjęciami i filmem (za który zapłaciliśmy bagatela 400 rupii...), rodem z Księgi Dżungli.

Samo Sawai Madhopur, poza safari i średniowiecznym fortem, nie ma wiele do zaoferowania. Wzdłuż drogi stoją głównie nowe hotele, za które cena jest wprost proporcjonalna do zdolności negocjacyjnych turysty. Za w miarę przyzwoity pokój można zapłacić 400 rupii, trzeba mieć jednak na uwadze prowizje pobierane przez hotelarzy przy rezerwacji safari – często w ten sposób chcą zrekompensować sobie obniżenie ceny za pokój (jak to było w naszym przypadku).

Po nieudanym polowaniu na tygrysa bengalskiego pojechaliśmy do stolicy Indii – New Delhi, aby spełnić swój obywatelski obowiązek i wziąć udział w wyborach parlamentarnych. Poświęcenie było dość znacznie, ponieważ droga w jedną stronę zajęła nam ponad 6 godzin. Dodatkową atrakcją było to, że nie dostaliśmy biletów z miejscówką, a na tzw. general class. Oznacza to tyle, że wszystkie osoby z takim biletem jadą w dwóch wagonach, stłoczone jak worki ziemniaków. W ogóle wejście do takiego pociągu graniczy z cudem i uzależnione jest od siły w łokciach. Po zastosowaniu kilku chwytów socjotechnicznych (oraz ciosów karate) udało nam się wejść do wagonu dla niepełnosprawnych. Samych niepełnosprawnych było tam dwóch. Reszta to podobni do nas spadochroniarze. W sumie w niewielkim wagoniku zmieściło się ok. 50 osób, wtłoczonych na zasadzie próżni – tzn. ludzie wypełniali każdy wolny skrawek przestrzeni. W ten sposób, stłoczeni jak sardynki, dojechaliśmy do New Delhi. Po szybkim znalezieniu jako takiego hotelu, pojechaliśmy motorikszą do ambasady. Wyłącznie dzięki umiejętnościom kierowcy, dorównującemu Robertowi Kubicy, wpadliśmy do lokalu wyborczego 10 minut przed zamknięciem. Okazało się, że dzięki nam frekwencja wyniosła tu 98%. W nagrodę dostaliśmy wyborczy sernik i colę.
Ghat Har ki Pauri

Po tej szaleńczej niedzieli pojechaliśmy w poszukiwaniu kolejnego symbolu Indii – słonia azjatyckiego. Najlepszym miejscem do odbycia safari na grzbiecie tego zwierzęcia jest Haridwar. Jednakże znów rzeczywistość okazała się nie przystawać do legendy. Wbrew informacjom znalezionym przez nas w przewodniku, okazało się, że Rajaji National Park zamknięty jest do 15 listopada. Na pocieszenie dostaliśmy informacje, że na słonia możemy sobie popatrzeć zza ogrodzenia. Rozczarowanie nie miało sobie równych.
Haridwar wart jest jednak odwiedzenia nie tylko ze względu na słonia. Jest to jedno ze świętych miejsc dla hindusów, ponieważ w tym miejscu Ganges spływa z gór, rozlewając się po Nizinie Hindustańskiej. Nad ghatami gromadzą się tu setki ludzi, chcących zanurzyć się w świętej rzece. W odróżnieniu od Waransi, woda jest tu bardzo czysta i przejrzysta, dlatego też zaryzykowaliśmy zamoczenie stóp w lodowatej wodzie. Dodatkową atrakcją jest bardzo rwący nurt. Wzdłuż brzegu można więc zauważyć specjalnie zamontowane łańcuchy, ratujące od porwania przez Ganges. Nie brak jednak śmiałków, którzy puszczają się w dół rzeki.

Najważniejszy ghat nazywany jest Har ki Pauri, na którym znajduje się odcisk stopy boga Wisznu. Codziennie zbierają się tu tysiące ludzi, oglądających wieczorną ceremonię aarti. W odróżnieniu od Waranasi trwa ona około 10 minut i jest znacznie skromniejsza.
ceremonia aarti
tłumy zgromadzone na brzegach Gangesu

Bharat Mata Temple
Nieodłącznym elementem hinduskiego krajobrazu są rzecz jasna świątynie. Zwiedziliśmy ich w Haridwarze kilka, jednakże utwierdziły nas w przekonaniu o niedbalstwie hindusów i braku troski o własne miejsca kultu.
Bharat Mata Temple jest ośmiokondygnacyjną budowlą, bardziej przypominającą ubogie muzeum umieszczone w bloku, aniżeli świątynię. Na kolejne piętra wiodła obdarta klatka schodowa, a poszczególne pomieszczenia zawierały kilka kiepsko oświetlonych posągów. Zdecydowanie miejsce niewarte polecenia.
Na drodze prowadzącej do Bharat Mata Temple znajduje się kilka innych, zdecydowanie ciekawszych kompleksów. Jednym z nich jest Pavan Dham, dekorowany witrażami z kolorowych szkieł i luster. Wejście do świątyni flankują dwa ogromne posągi Wisznu.





świątynia Pavan Dham
Kolejna świątynia, której nazwy jednak nie zarejestrowaliśmy, przypominała mały park rozrywki. Do poszczególnych pomieszczeń wchodziło się przez labirynt korytarzy, mających imitować wnętrze kamiennej groty. Dodatkowo całość dekorowano przedstawieniami drzew oraz rzeźbami bóstw. Przy wejściu znajduje się ogromna fontanna, otoczona figurami bóstw.   

Dwie świątynie (Chandi Devi Temple, Mansa Devi Temple) położone są na wzgórzach, leżących na przeciwległych brzegach Gangesu. Do obu można dostać się pieszo lub wjeżdżając kolejką linową. Wybraliśmy opcję drugą, która okazała się trafiona. Same świątynie nie należą do pereł architektonicznych, lecz widoki podczas przejażdżki rekompensowały koszty. Przepiękna panorama na dolinę Gangesu i majaczące w oddali wzgórza mogą wprawić w zachwyt każdego. Obu miejscom uroku dodają także stada wałęsających się małp.
Mansa Devi Temple
małpia matrona
Haridwar w porównaniu z Waranasi jest zdecydowanie spokojniejszym i przyjemniejszym miejscem. Czuć tu ducha hinduizmu, a magia świętej rzeki i majaczących w oddali gór sprawia, że miło spędza się tu czas.  
kapłan w kaplicy bogini Ćandry
święty mąż Sadhu
gorące stopnie ghatu Har ki Pauri